Aspekty.pl

Portal opinii

Drukowanie pieniądza – szaleństwo stało się metodą

10 min read

Amerykańska rezerwa federalna testuje kontrolę gospodarki i manipulację rynkami kapitałowymi na niespotykaną dotąd skalę. Dla swoich poczynań, które dawno już wykroczyły poza klasyczny zakres kompetencji banku centralnego, znajduje licznych naśladowców. Także w Polsce.

Czy wiedzą Państwo, gdzie w tej chwili są Wasze pieniądze? Podejrzewam, że tak. Czy jednak równie łatwo przyznają Państwo, że są bezpieczne? Poniżej naszkicuję sekwencję kuriozalnych zdarzeń z lutego i marca, a także schemat kształtującej się globalnej polityki finansowej, która w nieokreślonej przyszłości może każdego z nas… całości oszczędności pozbawić. Niewiarygodne? Przerażające? Oto rzeczywistość XXI wieku.

Koronawirus uzasadnił wszystko

Te same rządy, które wygenerowały problemy ekonomiczne na niespotykaną dotąd skalę, idąc pod rękę z bankami centralnymi, „przyspawały” owe problemy do radykalnych rozwiązań politycznych. Miniona dekada przyniosła bowiem światu dodruk pieniądza „z powietrza”, czyli powiększanie przez banki centralne swych bilansów i z dopisanych w ten sposób środków udzielanie kredytów bądź wykup rządowych i korporacyjnych obligacji. Ta oczywista, choć rozłożona w czasie kradzież, którą amerykańska rezerwa federalna zaczęła stosować pod niewinną nazwą quantitative easing (luzowania polityki pieniężnej), była jednak prowadzona z określonymi limitami i czasowo wyłączana.

Tak działo się do marca 2020 roku, kiedy to przyszedł on – koronawirus. Bez względu na sposób postrzegania stanu określanego mianem pandemii czy „nowej nienormalności”, należy przypomnieć, iż najbardziej namacalny i dotkliwy paraliż życia społecznego, kulturalnego i religijnego, a także zamrożenie całych branż gospodarki uzasadniono właśnie walką z COVID-19.

Jak zauważył na łamach „Polonia Christiana” (Nieudana reanimacja długiem, nr 77) Jakub Woziński, rządy na wszystkich kontynentach w ciągu kilku tygodni uruchomiły programy wsparcia dla swoich gospodarek o łącznej wartości dwunastu procent całego światowego PKB, chcąc tym samym za wszelką cenę podtrzymać konsumpcję. Jednak te gigantyczne środki, zaciągnięte długiem publicznym na koszt przyszłych pokoleń, trafiły głównie do dużych firm, banków i funduszy inwestycyjnych. Taka skala pieniężnej interwencji, między innymi w rynki akcji i surowców, doprowadziła do szybkiego odbicia wyników indeksów giełdowych i zarazem uzyskania przez banki centralne – na czele z amerykańską rezerwą federalną – ogromnego wpływu na losy całych systemów finansowych.

Wielu pragnęło, by feralny rok 2020 skończył się przed czasem. W sylwestra chcieliśmy pójść spać i obudzić się w odrobinę normalniejszym świecie – choćby bez propagandowej walki z gotówką, bez maseczki czy bez kopania nas pod stołem zerowymi stopami procentowymi i rosnącą inflacją. Ta ostatnia bowiem wzrasta szybciej niż wynika to z oficjalnych danych. Wystarczy rozejrzeć się dookoła i sprawdzić ceny mieszkań, nowych samochodów czy choćby pieczywa w pobliskim sklepie. A przecież – jak wspomniano wyżej – ogromna większość gigadodruku pieniądza nie spłynęła jeszcze do realnej gospodarki…

Nie ma takich długów, jakich nie potrafiłby zaciągnąć Biden

Dojście do władzy obozu skupionego wokół Joego Bidena zwiastuje przyspieszenie konfrontacji na polu społecznym i gospodarczym. Dotychczasowe decyzje nowej administracji amerykańskiej to przede wszystkim luzowanie granicy z Meksykiem oraz programu dla nielegalnych imigrantów (co stanowi oczywisty zwiastun napływu bezrobocia i zwiększenia szarej strefy) oraz doprowadzenie do uchwalenia przez Kongres tak zwanego American Rescue Plan.

Ów plan zawiera nowy zasiłek w kwocie 1400 dolarów, wypłacany na osobę w każdej pracującej rodzinie, a także dofinansowanie zamrożonych miejsc pracy postojową pensją w kwocie do 6000 dolarów miesięcznie, ponadto zwiększenie zakresu usług służby zdrowia refundowanych z budżetu, dopłaty dla szkół otwierających się w reżimie sanitarnym i wydłużenie ubezpieczenia dla bezrobotnych.

Całość opiewa na kosmiczną kwotę 1,9 biliona dolarów.

Skąd Stany Zjednoczone wyasygnują tak wielkie środki na realizację programu? Już za prezydentury skądinąd umiarkowanego gospodarczo Donalda Trumpa deficyt budżetowy urósł tak gwałtownie, że omal nie wymknął się spod kontroli (vide: ustawa Tax Cuts and Jobs Act).

Nowy prezydent idzie jednak w rozwiązania głęboko socjalistyczne. Czy państwo amerykańskie może pozostać supermocarstwem, jeśli w ciągu jednej dekady zwiększa swój dług publiczny z 11,9 do 26,9 biliona dolarów, a jakby tego było mało, dwoma głosowaniami izb Kongresu i jednym podpisem Joego Bidena dokłada do tego w okresie roku dodatkowe 1,9 biliona? To jak zapytać, czy po założeniu kasku i rozpędzeniu bolidu wyścigowego do 300 kilometrów na godzinę będziemy w stanie wyhamować dziesięć metrów od ściany. Tak, ale tylko, jeśli ten kask zdejmiemy i wyłączymy grę komputerową. Czyli jedną rzeczywistość zastąpimy drugą.

Rząd potrzebuje? FED dodrukuje!

I tu dochodzimy do niepozornej sytuacji z końcówki lutego 2021 roku. Był to dla rynków kolejny miesiąc wzrostów po stratach z roku minionego. Amerykański indeks giełdowy Dow Jones na dzień 23 lutego osiągnął poziom o 7 procent wyższy niż przed załamaniem z połowy marca 2020 roku. Z kolei technologiczny NASDAQ aż o 38 procent przebijał poziom z tego samego okresu w poprzednim roku. Maszyna bankierów centralnych działała zgodnie z ich planami: kto zainwestował na giełdzie przed rokiem, ten po „pandemicznych” dwunastu miesiącach był sporo do przodu.

Tuż po 23 lutego jednak pojawiły się problemy. Poziom oprocentowania dziesięcioletnich obligacji rządu amerykańskiego zaczął dynamiczny marsz w górę: od 1,33 procent do nawet 1,53 procent po upływie dwudziestu czterech godzin. Z kolei obligacje pięcioletnie zaczęły się zachowywać niczym konie puszczone do wyścigu na Służewcu: od 0,56 procent do 0,82 procent w tym samym czasie. Była środa i tak się złożyło, że obradował wówczas Kongres. Mało tego, (nie) przypadkiem parlamentarzyści zajmowali się wówczas wspomnianym bez mała dwubilionowym pakietem stymulacyjnym złożonym w Izbie Reprezentantów przez administrację Bidena.

Pierwsze spadki zanotowały giełdy – najpierw amerykańskie, a tuż po nich europejskie. Niejeden obserwator życia ekonomicznego mógł pomyśleć, że mamy do czynienia z początkiem paniki i finansowego krachu. Spadek rentowności obligacji rządowych zazwyczaj antycypuje pojawienie się wyższej inflacji. Zarazem rosną koszty obsługi deficytu budżetowego. Czy zanurzony po uszy w długach rząd amerykański utrzyma w tej sytuacji swoją wiarygodność i wypłacalność budżetu?

I wtedy – niczym prorok wieszczący nowy wspaniały świat, który uczyni z wszystkich ludzi dłużników banku centralnego – Jerome Powell, główny zarządzający systemem rezerwy federalnej wygłosił kuriozalne przemówienie. Powiedział, że Stany Zjednoczone dalekie są jeszcze od wyjścia z ekonomicznego kryzysu, dlatego kierowana przezeń rezerwa federalna dalej „wspierać” będzie gospodarkę swoimi działaniami, takimi jak radykalnie niski poziom stóp procentowych i wykup rządowych obligacji (który każdego miesiąca osiąga niebotyczny poziom 120 miliardów dolarów). Powell zlekceważył uwagi interlokutorów o gwałtownym skoku bezrobocia i problemach wielu firm, które toną w długach, przykrywając wszystko zapowiedzią ścisłej kontroli inflacji.

Tę linię polityczną potwierdziła decyzja z 17 marca o utrzymaniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie oraz sugestia, iż właściwie nie ma takich aktywów, których do roku 2023 rezerwa federalna nie mogłaby wykupić.

Polski bank centralny, czyli kopiuj i wklej

Co wobec tego uczynili polscy decydenci? Po raz kolejny skopiowali Amerykanów! Reakcja Rady Polityki Pieniężnej wyglądała jak powtórzenie zapewnień wygłoszonych w amerykańskim Kongresie – utrzymano stopę referencyjną na poziomie 0,10 procent. W mediach głównego nurtu zaś zacytowano jednego z jej członków, profesora Eryka Łona, który twierdzi, że NBP mógłby zająć się… skupem akcji prosto z polskiej giełdy, a stopy procentowe można obniżać dalej, do negatywnych poziomów.

Jednak nawet Łon nie przebije aktywności medialnej prezesa NBP profesora Adama Glapińskiego. Ten ostatni tuż po wystąpieniach Powella orzekł, że prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Polsce do końca kadencji Rady Polityki Pieniężnej jest zerowe. Oprócz tego, w jego opinii inflacją nie powinniśmy się martwić, bo w latach 2021-2022 nie przekroczy ona zakładanego celu. Glapiński z rozbrajającą szczerością zauważył też, że interwencyjny skup obligacji przez NBP (który miał być przecież tymczasowym rozwiązaniem – tak samo jak amerykańskie luzowanie polityki pieniężnej zapoczątkowane w roku 2009) pozostanie stałym narzędziem stymulowania gospodarki.

Spadek rentowności amerykańskich papierów wartościowych wyhamował tylko na moment, by od marca notować kolejny ruch w dół. Jak zauważył Przemysław Kwiecień (Fed kontra rynek obligacji, youtube.com), poziom obligacji, z jakim mamy do czynienia za oceanem, powinien już dawno obniżyć modelową wycenę akcji o około dwadzieścia procent. Tymczasem giełdowe wyceny nie tylko szybko odrobiły spadki z końcówki lutego, ale też powróciły na ścieżkę wzrostów. W połowie marca 2021 roku mieliśmy zatem kompletnie nienormalną sytuację, w której dziesięcioletnie obligacje rządu amerykańskiego sięgnęły 1,63 procent, a wszystkie tamtejsze giełdy biły kolejne historyczne rekordy.

Gdy zawodzą wytłumaczenia ekonomiczne, pod lupą musi się znaleźć polityka. Opisana powyżej sytuacja stanowi istotną poszlakę na drodze do wniosku, iż rezerwa federalna potrafi już kontrolować najważniejsze wskaźniki gospodarcze. Wolnorynkowe mechanizmy zastąpiono ręczną kontrolą poprzez zadrukowanie dziury budżetowej kwotami, które trudno wymówić, a jeszcze trudniej wyobrazić sobie w realnym życiu.

Wzrost znaczenia pompowanych długiem dużych korporacji i państwowych gigantów to podzwonne dla małych i średnich przedsiębiorstw. W takim układzie koncentracja, monopolizacja i centralna kontrola poszczególnych branż gospodarki musi pójść dalej. Wydaje się, że kwestią czasu jest kiedy i w jakiej formie przypuszczony zostanie atak na gotówkę, metale szlachetne i kryptowaluty, którymi banki centralne nie są w stanie jeszcze rozporządzać tak jak kreowanym przez siebie długiem.

To przerażające, ale oni naprawdę idą w tym kierunku

Do pomocy mają jednak najważniejszych na świecie polityków, którzy spieszą z receptami, takimi jak: urabianie społeczeństw koniecznością przejścia na obrót bezgotówkowy, wprowadzenie paszportów szczepionkowych i jednolitych plików kontrolnych czy też odsyłanie w każdej sprawie publicznej do aplikacji mobilnych – wszystko w imię wygody oraz walki z wirusami i złodziejami.

Śledzony na każdym kroku i płacący tylko elektronicznie człowiek to idealny obywatel dla centralnych bankierów. Takiemu komuś łatwo zablokować dostęp do części bądź całości jego własnych pieniędzy (co już testowano w Grecji i na Cyprze) albo też opodatkować je poprzez ujemne oprocentowanie konta.

Już system rezerwy cząstkowej pieniądza wydawał się kompletnym gwałtem na zdrowym rozsądku i elementarnej sprawiedliwości, bo pozwalał kreować nowe pieniądze z niczego. Miał jednak ograniczenia i restrykcje, które – szczególnie w zakresie kredytów udzielanych przez banki komercyjne – stopniowo zwiększano.

Rozpoczęcie nieformalnego dodruku dużych ilości pieniądza i wykupu na szeroką skalę długów przez banki centralne nie stało się tymczasową formą interwencji państwa. Okazało się bowiem, że bankierzy tą drogą włączają się do walki o władzę nad portfelami obywateli. Za Amerykanami kroczą banki centralne z Europy, Azji, Australii, co czyni ten trend globalnym.

Wydarzenia z lutego i marca 2021 roku to jeden z wielu w ostatnich latach przykładów głębokiej interwencji państwa i udanej próby zdominowania przez nie rynków kapitałowych. Efekty tych działań, widoczne w wynikach giełd, wycenach surowców, skali zadłużenia państw i finalnie także w jawnej i ukrytej inflacji, kreują przyszłość pełną obaw. Okazuje się bowiem, że kolejne kontrowersyjne działania big techu czy big pharmy to raczej pestka w porównaniu z zakresem władzy i kontroli nad społeczeństwami, jaką posiąść mogą instytucje centralne. Jeżeli ją posiądą, nasze oszczędności jako pierwsze staną się ich celem.

Dr Paweł Momro

źródło ilustracji: Pexels.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.